Menu

Rozum w poczekalni, serce na dłoni

zapiski nowej Warszawianki

Asymetria, zmarszczki, królicza bruzda. Czy to grzech je mieć?

menka8

Pierwszy raz. Pierwsza  wizyta u lekarza medycyny estetycznej. Zupełnie przypadkiem. Na 31sze urodziny otrzymałam w prezencie kupon na zabieg liftingujący (bez skalpela, bez obaw!). Po kilkukrotnym przekładaniu terminu -chyba nie mogłam się oswoić z faktem, że to jednak lifting i inwazja w moją always saute twarz- udało się. Dotarłam na miejsce.

 

Klinika nowoczesna. Jasny przestronny hall, przyjemna recepcjonistka. Nic nie zdołało jednak odpędzić mego niepokoju. Wiem, przecież to wizyta jak u każdego specjalisty. Tak też sobie próbowałam przetłumaczyć. Rozum swoje, emocje.... wiadomo.

 

Przed gabinetem siedziała kobieta. Wiek według mnie nieokreślony. Młoda. Jak się potem okazało prawie 40letnia, więc chyba dobrze "zakonserwowana". Sama rozpoczęła rozmowę. Jest tu po raz kolejny. Thermolifting bez skalpela już miała za sobą. Nie boli. Świetny efekt. Ona czeka na laser. "Niech się pani nie obawia. Naprawdę bezbolesne i godne polecenia".

 

Po około 20 minutach kobieta opuściła gabinet. Jej twarz wyglądała jak spalona tropikalnym słońcem. Poparzenie najwyższego stopnia (nie pamiętam który numer więc tak opisowo określam). Pożal się Boże.Chciałam stamtąd uciekać.

 

Następna byłam ja. Do gabinetu wchodziłam pełna obaw. Przez głowę po raz kolejny przemknęła myśl, że może jednak nie potrzebuję żadnej "korekty". Starzejmy się z godnością- tak zazwyczaj powtarzałam. a wizyta w tym kompleksie to wyraz hipokryzji. Z drugiej strony nie chciałam robić przykrości darczyńcy. Trochę też odezwała się natura ekonomiczna - zmarnuje się wizyta, która bądź nie bądź wiele kosztowała. Nie mnie, ale jednak.

 

Przywitałam się. Usiadłam na wskazanym przez pielęgniarkę krzesełku. Usadowiona bokiem do Boga. Tak się bowiem zachowywał. Dystans. Zero uśmiechu. Pierwsze pytanie było o to, czego oczekuję po wizycie. Trudne jak dla mnie. Nie paliłam się do tej wizyty. Czy on nie wie, że ja...  tylko... w zasadzie. Chciałam... Kogo ja oszukuję. Od miesięcy powtarzałam, że mam coraz większe zmarszczki, że starzeję się w zastraszającym tempie, że już nie poznaję swego odbicia w lustrze. Najtrudniej jest zaakceptować zmarszczki, które jak wiadomo są znakiem czasu. Nieodwracalnym. Jednak nie mogłam tego powiedzieć obcemu facetowi.

 

Zgodnie z "prawdą" poinformowałam go, że odwiedziłam go w związku z prezentem urodzinowym. Nie dał się zwieść. Bestia. Znawca natury kobiecej (choć się może tak mu tylko wydawało!). Na wstępie postanowił mnie zastraszyć. |"Czy Pani wie, ze ma ogromną asymetrię twarzy?". Skąd miałam wiedzieć. Tak mu też odpowiedziałam. "Nie przegląda się Pani codziennie w lustrze?" pytał zaskoczony. Widząc jednak brak pożądanej reakcji (paniki jak sądzę) z mojej strony zreflektowawszy się dodał tylko: "Każdy ma, ale Pani nieco większą niż przeciętny człowiek".

 

Dobrze się zaczęło. Uśmiechnęłam się w duchu. Gorzej już być nie może. A jednak mogło. Po określeniu mojej daily routine otrzymałam garść wskazówek odnośnie codziennej pielęgnacji. Następnie przeszliśmy do sedna. Zabieg, na który psychicznie się przygotowywałam od miesięcy niestety nie był wskazany dla mnie. Cóż. Nie wiem czy nic by nie dał, bo jest tak źle czy wręcz przeciwnie. Po krótkiej rozmowie i prezentacji zamiennika zgodziłam się. Laser. To było to, po czym moja poprzedniczka wyglądała jakby poraził ją piorun. Niepokój wzrósł. Ale dzielnie wytłumaczono mi, że ja mam lepszą kondycję skóry i w moim przypadku widoczne będzie lekkie zaróżowienie (Uff. Ulga. Przecież czekała mnie podróż powrotna autobusem ok. 50 km bez czapki i okularów. Bez szans na ukrycie mojej "zmasakrowanej" twarzy).

 

Niestety to jeszcze nie był koniec mojej udręki. Skoro ustaliliśmy już co za chwilę zrobimy Pan Doktor postanowił podręczyć mnie jeszcze trochę roztaczając wizję mojej niedalekiej "skórzanej" przyszłości. Mianowicie czeka mnie kolejny zabieg. Nie można go nie zrobić. Te moje "królicze bruzdy" wymagają. Już teraz postarzają mnie o kilka lat. Jak nic. Musze wstrzyknąć w nie nic innego jak botoks. Botoks??????? Już dawno nic mnie tak nie "ścięło" z nóg jak ta informacja. Tego w najśmielszych snach się nie spodziewałam. Cudem powstrzymałam uśmiech oraz ripostę które cisnęły mi się na usta. Powstrzymałam jednak emocje. Wysłuchawszy do końca zaleceń i kolejnych punktów planu "przywracania mnie do stanu używalności i młodego looku przeszliśmy w końcu do sedna.

 

Nie powiem. Myśli, które kłębiły mi się w głowie, te emocje na pewno nie ekscytacji, raczej przerażenia oraz totalnego uprzedmiotowienia przeniosły mnie do innego wymiaru. Czyżbym była przykładem osoby, która owszem dba o siebie, ale nie w sposób przesadny? Czy wygląd to jedyne co w nas wartościowe i istotne? Czy zmarszczki, asymetria i królicza bruzda mogą przesłonić innym moje wnętrze i spowodować społeczne wykluczenie? Nowy typ wykluczenia: wykluczenie z powodu starzenia?

 

Zrobiliśmy to. W zasadzie ja to zrobiłam. Nie uciekłam. Na fotelu okazało się jeszcze, zż moje bruzdy nosowe to jedno wielkie pęknięte naczynko, ale w dowód premii Pan Doktor pozamyka mi je. Co prawda one powinny być już w ramach kolejnego zabiegu, ale...to jeszcze przede mną.

 

Wyszłam stamtąd po 40 minutach. Zaróżowiona z poczuciem własnej wartości w stanie trudnym do określenia. Nie poddałam się tokowi myślenia mego estetyka, ale... to, że tam się znalazłam i że mogłam mu ulec doprowadziło mnie do zadumy. Nad sobą, nad kobietami w ogóle. Czy w pogoni za uznaniem jesteśmy gotowe poświęcić tak wiele? Nawet własne przekonania...

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • nowomed.pl

    Bo warto wybrać się czasem w takie miejsce, jak salon medycyny estetycznej i nie ma się czego bać :)

© Rozum w poczekalni, serce na dłoni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci